Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Krzywa
Świat




"Świat. Fotografie dzieci z Jasionki i Krzywej"


      W lipcu 2002 r. w miejcowości Krzywa w Beskidzie Niskim, z inicjatywy Piotra Janowskiego, fotografa z "Gazety Wyborczej", odbyły się warsztaty fotograficzne dla dzieci z terenu byłego PGR-u. Warsztaty zostały zorganizowane w ramach działań prowadzonych przez Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Krzywa, zajmujące się pomocą dzieciom i młodzieży z tych terenów. Plonem warsztatów jest m. in. album pt. "Świat. Fotografie dzieci z Jasionki i Krzywej", w którym obok kilkudziesięciu zdjęć dzieci znajdzie się tekst Andrzeja Stasiuka: przepiękny, liryczny obraz codziennego życia i otaczającego świata, stworzony przez dzieci, które po raz pierwszy trzymały w ręku aparat fotograficzny. Dochód ze sprzedaży albumu w całości przeznaczony zostanie na wsparcie działalności stowarzyszenia.

      "Widziałem to wszystko dziesiątki, setki razy. Przez piętnaście lat oglądałem tych ludzi i te miejsca niemal codziennie. Niektórzy poumierali i teraz widuję ich wnuki. Niektórych miejsc, budynków też już nie ma. Widziałem, jak się rozpadają, jak są rozbierane i sprzedawane za grosze. Nie były zresztą więcej warte. Mówiąc najprościej, przez kilkanaście lat oglądałem nieustanny powolny upadek.

      Nie sądzę, by w roku 1989 ktoś był tutaj zainteresowany radykalną odmianą rzeczywistości. Rewolucyjne pragnienia nie są obowiązkowe ani tak powszechne, jak się czasami rewolucjonistom wydaje. Kapitalizm zjawił się tutaj tak samo jak komunizm: przyszedł z zewnątrz i nikt go specjalnie nie oczekiwał ani nie wyglądał. Nikt też nie uprzedził o jego nadejściu. Nikt nie powiedział, że zmieniają się reguły gry, ani na czym mają polegać te nowe. Wolność nadeszła tak samo nagle i bezceremonialnie jak kiedyś nadeszła równość.

      Prawdopodobnie większość tutaj zostanie. Niektórzy dlatego, że nie mają dokąd odejść, niektórzy dlatego, że nie wiedzą jak, inni dlatego, że po prostu chcą zostać. To w końcu nie jest przecież jakieś przeklęte miejsce. Kiedy Piotrek pokazywał dzieciakom zdjęcia, które zrobiły, kiedy je wyświetlał na ścianie szkolnej klasy, oglądały je również mamy i jedna z nich powiedziała: Nie wiedziałam, że u nas jest tak pięknie.

      Ja też nie wiedziałem. A może tylko z czasem utraciłem spostrzegawczość, utraciłem niewinność spojrzenia i teraz przyglądając się tym fotografiom na moment ją odzyskuję. Jednocześnie wiem, że dzieciaki też ją utracą, jeśli nie będą miały szansy na opuszczenie tego miejsca, jeśli nie będą miały wyboru".

Andrzej Stasiuk




      Krzywa i Jasionka - małe, popegeerowskie osady w Beskidzie Niskim. Leżą na najdalej wysuniętych na południe i najsłabiej zaludnionych górskich terenach Polski, zaniedbanych gospodarczo i socjalnie. Pomysł na warsztaty fotograficzne dla dzieci i młodzieży z tych osad był prosty: dwadzieścia pięć nieskomplikowanych aparatów fotograficznych, tzw. "małpek", duży worek filmów i żadnych niepotrzebnych wskazówek. Nie chodziło o to, żeby uzyskać techniczną doskonałość, by dzieci poznawały zależności między czasem a przesłoną, by głowiły się nad kadrem i kompozycją. Aparaty dobrałem w taki sposób, by umożliwiały spontaniczne i nieskrępowane technicznymi parametrami fotografowanie. To miała być przede wszystkim zabawa w robienie zdjęć.

      Kiedy rozdałem aparaty i powiedziałem dzieciom, że mogą fotografować, co chcą, początkowo zdziwione, później coraz śmielej pytały: a mojego tatę? a krzyże przy drodze? a psa? a traktor sąsiada?

      Rozbiegły się po całej okolicy. Fotografowały rodzinę, przyjaciół, wnętrza domów, zabawki, zwierzęta. Ponieważ większość z nich nigdy wcześniej nie miała aparatu w ręku, nie zdążyły przyzwyczaić się do schematu, że fotografia służy jedynie do upamiętniania rodzinnych uroczystości, a do zdjęć trzeba się zawsze uśmiechać i patrzeć prosto w obiektyw. Całkiem nieświadomie stworzyły niezwykły portret swojej rzeczywistości.

Piotr Janowski




      Dzisiaj jest jesień, wieczór, pada zimny deszcz, a ja usiłuję sobie przypomnieć, jak to wszystko wyglądało piętnaście, siedemnaście lat temu. Próbuję sobie przypomnieć twarze, które wtedy widywałem pod sklepem, próbuję przypomnieć sobie postacie i głosy, próbuję odtworzyć w pamięci liczbę traktorów, ich kolory i typy, próbuję usłyszeć dźwięki i zapachy wypełniające dolinę, próbuję ustalić, co gdzie stało, gdzie kończyła się gliniasta droga i zaczynały wertepy wiodące w pustkę gór i w stronę granicy, która była wtedy granicą czechosłowacką. Ale to jest próżny trud, ponieważ już dawno prawda pomieszała mi się z fikcją, wymyślone z rzeczywistym, historie widziane z tymi zasłyszanymi, z tymi wyobrażonymi i z tymi, które nigdy się nie wydarzyły, ale mogły i powinny się wydarzyć.

      Tak, w żadnym miejscu nie bywałem częściej niż tam, nigdzie nie przechodziłem tak często, jak wskroś tych zabudowań, rozrzuconych wzdłuż drogi bez ładu i składu: te wszystkie stodoły, obory, stajnie, warsztaty, domy, komórki, magazyny, budy i budki, garaże i Bóg wie co jeszcze. Próbuję przypomnieć sobie psy, ale nie pamiętam chyba żadnego z tamtych zamierzchłych już czasów, chociaż jakieś musiały być, ponieważ obszczekiwały mnie, gdy nocą wracałem do domu. Ostatnie psie ujadanie i ostatnie światła - potem już tylko cisza i ciemność. Zwłaszcza w zimie robiło to spore wrażenie. Można było stanąć na przełęczy i patrzeć na nikły blask paru okien, zagubiony w bezmiarze nocy.

      Wielu ważnych rzeczy nie mogę sobie przypomnieć. Na przykład, o której odjeżdżał wtedy autobus. Albo w którym roku w ogóle zaczął kursować do Banicy i do Krzywej. A w jakie dni była dostawa do sklepu? We wtorki i piątki? W poniedziałki i czwartki? W które dni przyjeżdżał tylko chleb i piwo, a w które reszta towaru? I jakim samochodem? Starem? Żukiem? Pamiętam tylko ten moment wyczekiwania, aż auto pojawi się dwa kilometry dalej, w Krzywej, i zacznie powoli pełznąć w dół dziurawą drogą. Wtedy tłum stojący przed sklepem wchodził do środka i formował rozdętą, nieregularną kolejkę. Myślę, że jeszcze dziś mógłbym wymienić większość towarów stojących na półkach: kawa turek, kawa inka, herbata popularna i madras w sztywnych, szeleszczących torebkach, dżem truskawkowy, dżem wiśniowy, wafelki cytrynowe, wafelki kawowe, klopsy w sosie pomidorowym, fasola z kiełbasą, ser salami, margaryna palma, pasztetówka, słonina i kaszanka, na ladzie dwa wielkie kanciaste bloki - marmolada i smalec, sól, cukier, olej, ryż, kasza i makaron. Cebula. Woda mineralna wysowianka w szklanych butelkach bez etykietek. Tutaj pamięć przechowała więcej, ponieważ spędzałem w sklepie bardzo dużo czasu. Kolejka rozdymała się, klęsła, zawijała i pełzła według jakiegoś niezrozumiałego a skomplikowanego porządku. (Kisiel, jeszcze kisiel - na śmierć bym zapomniał. Kisiel w trzech smakach i w trzech smakach budyń!). Tłum kręcił się, splatał i rozplatał, właściwie nie miał ani początku, ani końca. Zakupy wcale nie były najważniejsze, zakupy to był pretekst, to był dodatek do tej zbiorowej obecności.

      Zapamiętałem to wszystko z nadmiaru czasu, ponieważ jako obcy i przybłęda stałem na szarym końcu. Słuchałem i patrzyłem. Niektóre kobiety kupowały po dziesięć bochenków chleba. Niektóre odchodziły i wracały po kilka razy, bo coś im się przypominało. Nikt na nikogo się nie denerwował ani nie podnosił głosu. Wszyscy rozmawiali. To prawdopodobnie właśnie w sklepie, w roku 1986 albo 1987, stojąc na końcu kolejki, pojąłem, że ten świat jest oddzielny i samowystarczalny.

      W ciepłe dni mężczyźni pili piwo. Siadali na dwóch ławkach przed wejściem i brali całą skrzynkę, a właściwie koszyk z powyginanego drutu, który mieścił chyba dwadzieścia pięć flaszek 0,33. Pamiętam dźwięk, jaki wydawało szkło dzwoniące o metal, lecz co do liczby nie dałbym uciąć sobie głowy. Może w tym druciaku było tylko dwadzieścia piw z browaru Grybów? Góral na etykietce miał kapelusz i garbaty nos. Siadałem czasem razem z nimi ze swoim piwem, trochę z boku, i słuchałem. Rozmawiali o swojej pracy, o swoich traktorach, przyczepach, o tym, co było, co jest, ale chyba nigdy o tym, co będzie. Nie snuli planów, ponieważ je znali. Miały nigdy się nie zmienić. Zawsze miały być traktory, zawsze grybowskie piwo i praca, która brała się nie wiadomo skąd, jak niebieska manna. Przychodziła gdzieś ze świata, zjawiała się, wypełniała okolicę jak powietrze i w gruncie rzeczy było jej tyle, że stawało się obojętne, czy zostanie wykonana czy nie. W tamtych czasach przypominała wieczność albo nieskończoność.

      Ubrania mieli szarogranatowe, na głowach czarne berety, na nogach gumowce. Traktory stały obok, popyrkiwały z kominów na wolnych obrotach i czekały. Tak, nie pamiętam rozmów o przyszłości. Wszędzie i zawsze teraźniejszość pomieszana pół na pół z przeszłością. Nikt nie miał samochodu, więc nikt nie wyjeżdżał. Kończyło się robotę i był albo dom, albo sklep, które też w jakiś sposób były miejscem pracy, ponieważ tak jak traktory, owce i przyczepy stanowiły wspólną własność ludu pracującego miast i wsi.

      Zdaje się, że ten kolektywizm w jakiś sposób mnie wtedy fascynował. Przypominał wiele rzeczy, ale nie był żadną z nich. To było coś jak wojsko, jak więzienie, jak obóz, ale jednocześnie czuło się w tym wszystkim coś na kształt dziecięcego braku obowiązków, coś w rodzaju szczenięcej swobody. Przeczucie podpowiadało mi, że oni tam tak naprawdę mogą robić dokładnie to, co chcą, i nic złego ich za to nie spotka. Taka szara, błotnista wersja raju. Czasami widziałem, jak śpią w środku dnia, ukryci w cieniu na skraju łąk, razem ze swymi traktorami. Czasami widziałem, jak o zmierzchu chyłkiem coś wynoszą. Czasami pytali, czy nie chcę tego czy tamtego.

      W zimową noc widziane z przełęczy długie budynki stajen i owczarni przypominały statki zagubione na morzu. Szeregi małych okien świeciły żółtym blaskiem. Był w tym widoku jakiś przedwieczny spokój. Stawałem sobie i patrzyłem. Wiał zimny wiatr, a tam w środku pachniało sianem i zwierzęcym ciepłem. W domach pachniało gotowanymi ziemniakami, skwarkami i kapustą. Nikt się nigdzie nie wybierał, nie musiał wychodzić w zimną noc, bo nie miał dokąd ani po co. Wszystko było na miejscu. Jak na statku. Albo raczej na wyspie, oddzielonej od reszty świata bezmiarem ciemnych wód, w których przepadały wszystkie groźby i pokusy.

      Początek muszę sobie wyobrażać. Robię to coraz częściej, chociażby z tego względu, że coraz dłużej oglądam koniec. Wyobrażam sobie jakieś legendarne czasy, jakieś stworzenie świata systemem gospodarczym albo Genesis w czynie społecznym: zielone zisy, sekretarzy w samodziałowych kapotach, traktory na żelaznych kołach, belki i deski wyszabrowane z wysiedlonych łemkowskich wsi, entuzjazm, obietnice, syf, spryt, lampy naftowe, błoto przez pięć miesięcy w roku, od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb - jakbym oglądał czarno-biały film na tle zielono-błękitnego górskiego krajobrazu. Wyklęty lud ziemi dostawał w końcu ziemię w posiadanie. Ech, chciałbym tam być. Może niekoniecznie jako właśnie lud, ale po prostu jako cień lub duch patrzeć i słuchać, co mówią, podsłuchiwać, co myślą, czy naprawdę wierzą w dobrą nowinę, która wyzwoli ich z lęku przed tym, co ma nadejść, ze strachu przed mrokiem wolności, z obawy przed paroksyzmem wyboru.

      Czasami rozmawiam z tym lub tamtym o przeszłości. Nie muszę właściwie o nic pytać, bo przeszłość sama się zjawia w ich słowach. Nawet gdy mówią o tym, co jest, mówią o przeszłości, ponieważ wiedzą, że ich czas już się skończył. A w każdym razie przestał płynąć w ten dawny, niezauważalny sposób.

      Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło. Nie pamiętam pierwszych znaków. Nie wiem, czy najpierw zniknęły zwierzęta czy traktory. Ale pamiętam ten nagły i dziwny ruch w całej okolicy. Ludzie przekazywali sobie z ust do ust wieści, że to tu, to tam można dostać tanio różne rzeczy. Na polnych, leśnych drogach spotykało się dziwne kawalkady nadpsutych, zdezelowanych, pordzewiałych maszyn. Na przyczepach jechały jakieś rozmontowane konstrukcje, fragmenty większych całości, jakieś znękane mechanizmy, żelastwo pamiętające lepsze czasy. Jednocześnie we wsiach, w obejściach, na podwórkach przybywało rzeczy, pojazdów ze złomu, przechodzonych ciężarówek, gdzieś kiedyś widziałem samochodowy dźwig. Wspólne i niczyje na starość odnajdywało swoich panów. Niektórzy z nich potrafili tchnąć nowe życie w dogorywające mechanizmy. Klepali, rozkręcali, smarowali, dorabiali, zmuszali do posłuchu i wysiłku w nowym, sprywatyzowanym świecie.

      Tymczasem tutaj rządził zanik, odpływ, powolny rozpad, coś w rodzaju spokojnego samounicestwienia. Robiło się coraz puściej i coraz ciszej, chociaż ludzi wcale nie ubyło. Po prostu nie mieli dokąd pójść, więc pozostawali na swoich miejscach, w swoich domach, wpatrzeni w okna i w ekrany telewizorów. Za oknami nic się nie zmieniało, natomiast na ekranach ukazywały się rzeczy, których istnienia nawet nie podejrzewali. Świat pękł w jakimś miejscu i wirtualne pomieszało się z rzeczywistym. To było trochę tak, jakby ciemność zmieszała się ze światłem i zaczął się nieustanny zmierzch, a ludzie utracili wyrazistość, kontury ich ciał przepadły i snuli się jak cienie.

      Ale gdy już raz się jest na tym świecie, zniknięcie nie przychodzi tak od razu. Pamiętam, jak któregoś dnia zobaczyłem kilku facetów wysiadających z autobusu. Była jesień, listopad, wczesny zmierzch, a oni mieli jeszcze dwa kilometry do domu. Droga wiodła wśród szarych pól, w burym powietrzu snuła się siwa mgła, a oni szli, omijając błotniste kałuże. Byli kolorowi jak rajskie ptaki, jak papugi, jak koguty. Żółć i czerwień, błękit i seledyn, połysk czarnych plastikowych skór i blask żółtych blaszek i łańcuszków przy noskach i obcasach spiczastych butów. New York University, Chicago Bulls, Paris..., London... W uszach kolczyki, spray i żel. Byli jak zjawa wyrazistości w tym zanikającym świecie, jak fatamorgana MTV w grząskim pejzażu listopada, jak postmodernistyczny fantom zbłąkany w krainę wiecznych Zaduszek.

      Nic tu nie dotarło, poza śmieciem i fikcją, poza resztkami zużytych ubrań i strzępami elektronicznych obrazów, które po drodze utraciły cały sens, jeśli w ogóle go kiedykolwiek posiadały. To się snuje w powietrzu jak środek do zwalczania czasu, wisi jak DDT, jak pestycyd uśmiercający minuty, godziny, dni i lata, jak narkoza, która w końcu zatrze granicę między życiem a śmiercią. Tego na świecie jest pod dostatkiem: obrazów, które mają wypełnić czas, i starych ubrań, podobnych do tych oglądanych w telewizorze.

      Od tygodnia pada zimny deszcz. Czasami wyjeżdżam na przełęcz i patrzę, jak szary pejzaż próbuje uporać się z szarymi domami. Wydaje się, że z roku na rok idzie mu to coraz lepiej. Lśniąca wstążka szosy urywa się przy budynku z czerwonej cegły. Dalej nie ma już nic, tylko pustka dziczejących łąk. No tak, zapomniałem o tej szosie - to jest dość nowa rzecz. Wybudowano ją dwa albo trzy lata temu. Być może jako ostatni znak, że czas najwyższy stąd uciekać, że wkrótce pejzaż zsunie się po pochyłości wzgórz i wejdzie między domy, osty i trawy rozsadzą fundamenty, w kuchniach i pokojach wyrosną drzewa, które przebiją dach i pięćdziesięcioletnia historia dobiegnie końca. Nikt się nie będzie bronił, nikt nie będzie miał sił ani ochoty, ponieważ to wszystko - tak jak pięćdziesiąt lat temu - jest niczyje.

      Czasami zaglądam do sklepu, w którym piętnaście lat temu stałem długie godziny w kolejce. Teraz jest tu pusto. Nikt na nic nie czeka z wyjątkiem sprzedawcy, który wygląda klientów. Zamiast tłoczących się ludzi stoją towary na półkach. Rozmaitość jest tak wielka, że po latach nie będę w stanie przypomnieć sobie nawet niewielkiej ich części. Sprzedawca wygląda na drogę przez zakratowane okno. Czasami przychodzi dziecko z kartką. Sprzedawca kładzie na ladzie parę rzeczy i zapisuje w zeszycie dług. Jest pusto i cicho. Z kominów snuje się niebieski dym. Nikt nie wychodzi, ponieważ pada deszcz, ponieważ nie ma dokąd pójść, ponieważ nie ma żadnych spraw, ponieważ nikomu nie są już potrzebni, ponieważ nikt nie powiedział, co powinni, ponieważ nikt niczego od nich nie chce, ponieważ nikt nie zjawia się, jak niegdyś, by powiedzieć, co zrobić z nadchodzącym dniem, ponieważ życie, pozbawione raptem formy, odzyskało swój najpierwotniejszy kształt i teraz trzeba je tylko spędzić.

      Z kominów snuje się niebieski dym, stara utopia zdycha, ale tutaj ma wyjątkowo długą i męczącą śmierć. Weszła w materię, w ściany domów, w cegłę i drewno, w krew i sen, i teraz rozkłada się i zatruwa rzeczywistość i dopiero gdy ją rozłoży, przetrawi, przeżre niczym kwas, umrze razem z nią. Zostanie goła ziemia i będzie tak, jak przed pięćdziesięciu laty - pusty skrawek na skraju świata, gdzie zamiast równości będzie wolność. Prawdopodobnie do ostatniego tchu.

Andrzej Stasiuk




Fotogaleria





Wystawy



* * *

ŁÓDŹ
6 lutego - 16 marca 2004 r.

6 lutego 2004 r. (piątek) o godz. 18:00 w Poleskim Ośrodku Sztuki (Łódź, ul. Krzemieniecka 2a) miało miejsce otwarcie wystawy zatytułowanej "Świat. Fotografie dzieci z Jasionki i Krzywej".

* * *

GÖTEBORG
25 września - 28 września 2003 r.

W dniach 25 - 28 września 2003 r. - podczas międzynarodowych targów książki w Göteborgu - została zaprezentowana wystawa p.t. "Świat. Fotografie dzieci z Jasionki i Krzywej".


* * *


WADOWICE
2 kwietnia - 26 kwietnia 2003 r.

Wadowickie Centrum Kultury im. Marcina Wadowity
34-100 Wadowice, ul. Teatralna 1; tel. (33)8233156, e-mail: centrum@wck.wadowice.pl
Tytuł wystawy: "MÓJ ŚWIAT Fotografie dzieci z Jasionki i Krzywej".
Wystawa została zaprezentowana w holu teatralnym Wadowickiego Centrum Kultury.

* * *

KRAKÓW
15 marca - 31 marca 2003 r.

W sobotę, 15 marca br. o godz. 18:00, w Krużgankach Klasztoru Dominikanów w Krakowie ( ul. Stolarska 12 ), odbyło się otwarcie wystawy i promocja albumu "Świat. Fotografie dzieci z Krzywej i Jasionki".

* * *

WIEDEŃ
12 lutego - 2 marca 2003 r.

Dzięki Martinowi Pollackowi i Fundacji KulturKontakt, w KulturKontakt-Austria-Pavillon "Piroschka" w słynnej wiedeńskiej "dzielnicy muzeów" miała miejsce wystawa p.t. :"Bildern aus Krzywa und Jasionka. Polnische Kinder fotografieren ihre Welt". Ponadto 8 lutego w dodatku "Album" dziennika "Der Standard" ukazało się 12 fotografii i tekst Andrzeja Stasiuka.

* * *

WARSZAWA
13 grudnia 2002 r. - 22 grudnia 2002 r.

Wernisaż wraz z autorami zdjęć odbył się w piątek, 13 grudnia 2002 r. w sali im. Kisielewskiego Pałacu Kultury i Nauki. Wystawa towarzyszyła 13. Krajowym Targom Książki w Warszawie, podczas których dzięki akcji "Książka pod choinkę", organizowanej przez Ars Polona S.A., przekazane zostały na ręce Moniki Sznajderman - właścicielki Stowarzyszenia Rozwoju Sołectwa Krzywa, książki unfundowane przez Wydawców.

* * *

GORLICE
8 października 2002 r.

Po raz pierwszy zdjęcia ujrzały światło dzienne podczas otwarcia wystawy, które odbyło się w Galerii Sztuki "Dwór Karwacjanów" w Gorlicach.

* * *




Recenzje


Latarnik, 17-12-2002

Tomasz Drzazgowski
"Warsztaty w świecie zamkniętym"

Kiedy Piotrek pokazywał dzieciakom zdjęcia, które zrobiły, kiedy je wyświetlał na ścianie szkolnej klasy, oglądały je również mamy i jedna z nich powiedziała: Nie wiedziałam, że u nas jest tak pięknie.

Z tekstu Andrzeja Stasiuka

      Były warsztaty fotograficzne dla dzieci z Jasionki i Krzywej w Beskidzie Niskim. Zrobił te warsztaty Piotr Janowski. Były aparaty, był cały worek filmów. Tymi aparatami i na tych filmach dzieci zrobiły 3000 zdjęć. Tyle razy rozlegał się w Krzywej i w Jasionce trzask migawki. Tyle dokonało się tam spotkań. Spotkań z rodzicami, ze znajomymi i z rodzeństwem. Spotkań z górami, niebem i ziemią. Spotkań z rzeczywistością - ale o tym za chwilę. Na razie jest Warszawa i chłodny piątkowy wieczór. Wernisaż wystawy powarsztatowej i prezentacja książki. Dzieci biegają pośród tłumu, chwalą się swoimi fotografiami na ścianach i piją sok. Czyli robią to wszystko, czym powinny zajmować się dzieci na oficjalnych imprezach. Zajęte sobą nie słyszą pewnie tego, co dorośli mówią nad ich zdjęciami. Może to i lepiej.

      Świat jest dobry i piękny mówi pierwszy Głos do mikrofonu. Za chwilę z tego samego miejsca Głos drugi wspomina, że dzieci powinny częściej z Jasionki i Krzywej wyjeżdżać żeby zobaczyły coś więcej niż swój zamknięty świat. Na szczęście te właśnie dzieci, o których mowa bawią się lub lekko poziewują ze zmęczenia i mnóstwa wrażeń. W przeciwnym wypadku mogłyby zastanawiać się, dlaczego mają opuszczać swój świat, skoro jest taki dobry i piękny? A może jest wiele światów? Może to nie ich (zamknięty) świat jest dobry i piękny? Tylko ten (otwarty), do którego mają jechać, a którego obrazy widać w telewizji? Tylko jeśli ów świat jest tak piękny i dobry, to skąd na ekranie tyle krwi? Zdaję sobie sprawę, że to demagogia. Myślę jednak, że mniej szkodliwa niż powtarzanie klisz mających podobną wartość poznawczą jak opowiadane w niemieckiej telewizji dowcipy o Polakach-złodziejach. Świat - pole ciągłej walki Dobra i Zła, Prawdy i Kłamstwa, Światła i Ciemności - zasługuje na refleksję głębszą niż banał w rodzaju napisu spotykanego niegdyś na murach: świat jest piękny, tylko ludzie są do dupy. Jeszcze bardziej na taką refleksję zasługują dzieci, które niebawem będą musiały się ze światem zmierzyć - spróbować odcisnąć na nim piętno i zbudować w nim swój dom.

      Oczywiste jest, że należy wyjeżdżać - chociażby po naukę lub po pracę. Przede wszystkim zaś po to - jak śpiewał Kazik Staszewski - by móc potem wrócić. Spojrzeć z dystansu na swoje miejsce i swoje życie. Z odległości widać lepiej. Ale na wszystko jest odpowiedni czas. Kiedy mówimy, że dzieci powinny jechać nad morze, żeby je zobaczyć, żeby odetchnąć powietrzem pełnym jodu, żeby poznać nowe miejsca i nowych ludzi - wszystko jest w porządku. Kłopoty zaczynają się, gdy spośród społeczności wydzielamy zamknięte, a te w podtekście wartościujemy niżej. Na jakiej bowiem podstawie jedne są lepsze niż inne? Marzenia można realizować i w Jasionce, i w Warszawie. Podobnie jak tkwić przed telewizorem. Nadmiar bodźców niekiedy skuteczniej tłumi aktywność niż ich niedobór. Dlatego ważne jest nie tyle nawoływanie by zobaczyć coś więcej niż swój zamknięty świat, lecz uczenie dokonywania świadomego wyboru; pokazywanie, że wybór w ogóle istnieje. Dlatego tak ważne jest to, co zrobił we wsiach Beskidu Niskiego Piotr Janowski; to, że nie czekał, aż dzieci wyjadą z zamkniętego świata, lecz do tego świata pojechał. I rozdał aparaty. Fotografia bowiem pozwala (a niekiedy nawet wymusza) spotkać rzeczywistość. I to na dwa sposoby. Po pierwsze, by zrobić zdjęcie, trzeba wyjść z domu, a przynajmniej oderwać wzrok od telewizora. Po drugie zaś, spojrzenie na własną rzeczywistość przez aparat (lub oglądanie jej na fotografiach) umożliwia dostrzeżenie tego, co na codzień umyka. Czego nie sposób zobaczyć, gdy jest się w tej rzeczywistości zanurzonym. W tym sensie Fotografia daje możliwość odbycia podróży bez wyjeżdżania; dostrzeżenia własnego świata w jego całości oraz tego, jak owa całość przenika każdy szczegół i w nim się przejawia. Takie doświadczenie daje poczucie zadomowienia i zakorzenienia - co nie tylko pozwala lepiej żyć w tym konkretnym miejscu, ale również daje siłę wówczas, gdy los każe wyjechać stamtąd na zawsze.